Przedwyjazdowe urwanie głowy

Do wyprawy jeszcze 10 dni (albo raczej – JUŻ TYLKO 10 dni!), a ja w lekkiej panice czy ze wszystkim zdążę. Pokój zamienił mi się w magazyn -buty, ciuchy, sprzęt wspinaczkowy, sprzęt biwakowy…- cała sterta rzeczy sprawia, że zaczynam mieć wątpliwości, jak to wszystko pomieszczę i na ile już przekroczyłam limit 30 kg jakie mogę nadać do samolotu (za każdy dodatkowy kilogram linie Emirates chcą 30 dolarów!). Dziesiątki telefonów, e-maili, bo jeszcze tyle spraw trzeba załatwić. Aktualnie trwa gorąca linia dotycząca ubezpieczenia, które na tego typu wyprawy tanie nie jest, więc trzeba rozważyć różne opcje – żeby nie przepłacać, ale żeby nie przesadzić też i w drugą stronę, by w razie czego nie narobić problemów sobie i innym…

Krótko mówiąc jak to – cytując jednego z moich kolegów – jestem zakręcona jak słoik dżemu… 🙂 No cóż, sama chciałam, nie mówiąc o tym, że to nie pierwsza moja wyprawa, a więc dobrze wiedziałam, że tak będzie, że przygotowania do takich wyjazdów to naprawdę ciężka praca. Za to już całkiem niedługo znowu będę w górach. A tam – już inny świat. Życie płynie wolniej, spokojniej, majestat wielkich szczytów sprawia, że człowiek staje się częścią natury, jej tylko podporządkowuje swój rytm. I wtedy zacznę “wakacje”. Wiem, nie raz będę przeklinać, że trzeba było jechać w tropiki, do wygodnego hotelu, a nie upodlać się w zimnie, w ciasnym namiocie, zmagając się zarówno ze swoim organizmem, ale i tą naturą do której teraz mnie tak ciągnie, a która w pewnych momentach może stać się moim wrogiem. Oj, trudno człowiekowi dogodzić 🙂

no images were found