Namaste Nepal!

Doleciałyśmy! 

Przesiadka w Dubaju (11 godzin na lotnisku, bo z tyloma betami w ramach bagażu podręcznego nie było szans nigdzie wyjść), minęła w miarę bezboleśnie – trochę spałyśmy, trochę pracowałyśmy, bo obie zabrałyśmy laptopy.

Lot do Katmandu – bajkowy. Ze względu na chmury, bo akurat w linii Fly Dubai na specjalny komfort nie ma co liczyć. Miałam wrażenie że lecę wśród kłębów waty cukrowej. Zastanawiałam się nawet, jak to jest, że takie piękne, gęste białe “baranki” (no, raczej barany, bo naprawdę duże), fachowo zwane cumulusami, na dole dla żyjących w tych rejonach Azji ludzi są przekleństwem, bo przynoszą im monsunowy deszcz powodujący rozmywanie dróg, zniszczone mosty i ogólnie – wielotygodniowe opady. 

Lądując w Katmandu przypomniałam sobie niedawną, bo mającą miejsce w marcu tego roku katastrofę samolotu rozbitego właśnie na tym lotnisku.  Zginęło ponad 50 osób, wiele zostało rannych. No ale pechowa maszyna była z Bangladeszu, może te z Emiratów są w lepszym stanie. W każdym razie wszystko poszło gładko i nawet ku naszemu miłemu zaskoczeniu – bagaże też doleciały (przed wyprawą na Everest czekałam na nie 3 dni!).

Z lotniska odebrał nas przedstawiciel agencji Seven Summits Trek, która formalnie-logistycznie organizuje naszą wyprawę.  Zgodnie z tutejszą tradycją zawieszono nam na szyi powitalne szarfy zwane katak, no a potem urządzono na rajd po ulicach Katmandu, bo jakoś trzeba było dojechać do hotelu. Pisząc “rajd” spokojnie mogłabym dodać jeszcze “ekstremalny”, jako że ruch drogowy w Katmandu nie podlega żadnym zasadom. Nikogo nie wkurzało, że nasz kierowca zatrzymał się dokładnie na środku skrzyżowania by dopytać o drogę, że ktoś jedzie pod prąd, bo tak mu akurat pasuje, że między samochodami przemykają riksze, przechodnie i święte krowy… Ale za to między innymi to miasto lubię :). 

W każdym razie cieszę się, bo to już prawie rok, jak nie byłam w Nepalu (w tym momencie pozdrawiam moją kochaną grupę z ubiegłorocznego trekingu do bazy pod Annapurną!). Namaste Katmandu, namaste Nepal! 
(“Namaste” to tutejsze powitanie).

 

Poniżej – kilka zrobionych “na szybko” zdjęć z naszego dolotu i pierwszych chwil w Katmandu.