Krew na lotnisku, puchy w upale czyli wylatujemy!

Puszczone z torbami :). Fot. Marta Naczyk

Uff! Wyprawa rozpoczęta! Wreszcie lecimy! A  że w samolotach Emirates można w powietrzu korzystać z internetu (2 godziny gratis) więc skoro tak, to korzystam.

Muszę powiedzieć, że ostatnie przygotowania były na takich obrotach, że jeszcze trochę, aby się skończyło zawałem serca – nie tylko moim, ale i Pawła (mojego męża). Dziś np. około 6-tej rano, po nieprzespanej nocy, no bo trzeba się było pakować,  mój małżonek zapytał czy jestem świadoma, że w moim górskim buciorze nie ma wewnętrznego botka. Podeszłam do tego na luzie, bo byłam pewna że to stanadardowa próba “wkręcenia” mnie, ale mina mi zrzedła gdy okazało się, że kurna, faktycznie. Botek mógł być wszędzie, bo ostatnio zabierałam buty na jakiejś pokazy (bez botka, żeby było mniej do noszenia)  na jakieś pokazy, więc powiem szczerze, botek mógł być dosłownie wszędzie. Sytuacja wygląda na beznadziejną, zaczęłam już się zastanawiać gdzie w Katmandu znaleźć brakującą część buciora, gdy botek się znalazł. 

W trakcie pobierania krwi. Fot. Marta Naczyk

Potem był cyrk  z zamykaniem toreb i uświadomieniem sobie, że mam dobre 15 kg ponad limit bagażu, a podjęcie decyzji co zostawić, łatwe nie jest. Efekt jest taki że mimo upału lecę z kurtką puchową pod pachą :). No i doszło jeszcze zamieszanie z krwią. Z naszą krwią, bo zgodziłyśmy się z Aśką wystąpić w roli królików doświadczalnych do pracy doktorskiej naszej koleżanki, specjalistki od wysokogórskiej dietetyki, Marty Naczyk. W dniu dzisiejszym chodziło o pobranie krwi. Jak na złość w lotniskowym ambulatorium gdzie miało się to odbywać, był akurat pacjent, podczas gdy nam się spieszyło na wylot. Jakoś się jednak udało – sama jestem ciekawa wyników, choć do wyciągnięcia jakichś wniosków trzeba będzie oddać krew jeszcze po powrocie. 

Ale za to teraz już to wszystko jest nieważne. Lubię ten moment, kiedy wsiadając do samolotu mam wrażenie odcięcia pępowiny łączącej mnie z zabieganym codziennym życiem, z milionem spraw, telefonów i ciągłym poczuciem winy, że się z czymś człowiek nie wyrabia. Tymczasem czego nie załatwiłam, przynajmniej teraz nie załatwię i jak się okaże, świat się z tego powodu nie zawali. Ważne będzie co innego – spotkani ludzie, pogoda, czy uda się dotrzeć tam gdzie się zamierzało, a jak się nie uda, to po prostu trudno. Krótko mówiąc – przestawiam się na tryb “tu i teraz”, bo na tym m.in. polegają podróże.