Powrót

3 października, trekking powrotny

Jesteśmy już po pierwszym dniu trekkingu, w wiosce na wysokości 2800m. Jaka to radocha znowu widzieć drzewa, kwiaty, spotykać innych ludzi niż wspinacze (wczoraj spotkałyśmy znajomych z Karakorum, będących tu na trekkingu, rodaków – Ewę i Gustawa).

Dziś mamy do zrobienia górami około 30 km i w ten sposób za 3 dni dotrzemy do drogi, którą już autobusem można będzie dojechać do Katmandu. Mamy wrażenie, że tylko my wraz z kolegami: Turkiem, Francuzem i Argentyńczykami – zdecydowaliśmy się na powrót w wersji trekkingowej. Reszta wybrała helikopter. Nie żałujemy. Tu jest tak pięknie, że aż szkoda rozstawać się z górami. 

fot. pixabay.

30 września, przygotowania do powrotu

Złe wieści z Manaslu. Od rana trwa akcja poszukiwawcza dwóch Czechów zaginionych na ataku szczytowym, ale już wiemy, że jeden z nich nie żyje, spadł.

Dziś też zawalił się serak, niszcząc wykorzystywane przez wspinaczy przejście na icefall między camp 1 i camp 2. Ekipa szerp poszła założyć drabiny pozwalające na ewakuację pozostałych u góry wspinaczy (niektórzy są odmrożeni).

W międzyczasie z basecampu helikopter zabrał osobę prawdopodobnie z atakiem serca.

29 września, dotarcie do bazy

Fajnie leżeć w swoim namiocie, w bazie, w miarę ciepełku i tylko uśmiechać się na myśl, że wczoraj o tej samej porze 2 km wyżej nie mogłam z wycieńczenia nic jeść i próbowałam opanować dreszcze. 

Dzisiejsze zejście z obozu trzeciego (6800m) do bazy zajęło nam prawie cały dzień, bo ciągle się coś działo. Na dzień dobry, idący przede mną Koreańczyk wpadł do szczeliny lodowcowej i trzeba go było wyciągać. Potem spotkałyśmy Amerykanina organizującego pomoc dla swojego odmrożonego kolegi, więc też trzeba było się włączyć. 
No i tutejszy icefall to prawdziwa bajka. Przystawałam co chwila na zdjęcia, które niebawem zobaczycie. 

W bazie, zgodnie z tutejszymi zwyczajami, zostałyśmy powitane jabłkiem (wreszcie świeży owoc) i colą, która z jakichś powodów traktowana jest jak górski rarytas, a na kolacji pojawił się okolicznościowy tort!

Dziękuję wszystkim, którzy mnie przy tej wyprawie wspierają i tak gorąco mi kibicują. Niestety, nie mam tu jak czytać Waszych wpisów, a stukanie na satelitarnym komunikatorze to prawdziwy test cierpliwości. Obiecuję, że jak tylko dotrę do Katmandu, gdzie wreszcie będzie internet (za kilka dni), to na spokojnie napiszę więcej. W każdym razie jesteście kochani, a Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy!