Blog wyprawy

19 września, podejście pod obóz III

Postanowiłam wykorzystać ładną pogodę i zrobiłam podejście pod obóz trzeci (prawie 6800m) i wróciłam na nocleg do obozu drugiego.

Jeszcze wczoraj dojście do Camp3 było niemożliwe ze względu na zagrożenie lawinowe, a poza tym to odcinek wymagający już technicznego wspinania i zjazdów na linie. 
Jutro chcę zejść do bazy.  Najpierw jednak czeka mnie noc w namiocie. Wczoraj było -15 stopni, a rano wszystko oszronione.

Niestety, dzisiaj rano, ze względu na problemy aklimatyzacyjne Asia podjęła jedyną słuszną decyzję i pod opieką szerpy zeszła do bazy. Teraz czuje się już lepiej. 

18 września, docieramy do obozu drugiego

Nasza wyprawa dotarła do obozu drugiego na wysokości ok. 6300m!
Dziś jest piękna pogoda, pierwszy dzień bez deszczu i śniegu.
Widoki są obłędne i wrażenia niesamowite, ponieważ do pokonania był lodospad – trzeba się było wspinać po drabinkach ustawionych na pociętym szczelinami lodowcu.

Plan na jutro – podchodzenie w górę i zejście na kilka dni do bazy na odpoczynek.

Do obozu trzeciego (Camp III – 6800m) nikt na razie nie dotarł ze względu na zagrożenie lawinowe. Próbował jeden Argentyńczyk z szerpą, ale zjechali z małą lawiną i skończyło się na połamanych żebrach.

 

16 września, docieramy do obozu pierwszego

16 września dotarłyśmy do obozu pierwszego – Camp1 – 5800m n.p.m. Droga była trudna, ponieważ niosłyśmy bardzo ciężkie plecaki i musiałyśmy skakać z nimi przez szczeliny.

Wieczór spędziłyśmy w namiocie. Na zewnątrz sypał śnieg, a my próbowałyśmy się ogrzać herbatą zrobioną z roztopionego śniegu. 
Głowy trochę bolą, ale to normalne na tej wysokości.

15 września – regeneracja w bazie

W bazie pod Manaslu (4800 m) na zmianę leje deszcz albo pada śnieg. Rano się trochę przejaśniło, więc mogłyśmy przesuszyć ubrania i nawet przez chwilę zobaczyć szczyt.

Mamy bardzo dobrą lokalizację namiotu – z jednej strony rozciąga się potężny, posiekany szczelinami lodowiec, a z drugiej wznosi się skalna ściana, z której co jakiś czas dochodzi huk lawin. Na szczęście są na tyle daleko, że nam nie zagrażają.

Zbieramy siły. Kondycyjnie czujemy się dobrze.

Nie marnujemy czasu i podczas aklimatyzacji, zawieramy wiele międzynarodowych znajomości. Poznałyśmy między innymi wspinacza z Hiszpanii, który w ciągu 365 dni chce zdobyć 6 ośmiotysięczników (w lipcu zdobył BroadPeak i K2) oraz dwóch Chińczyków, z których jeden zamierza zjechać z Manaslu na nartach, a drugi na desce snowboardowej.

Do chłopaków z narodowej wyprawy mamy dość daleko, ale niewykluczone, że wybierzemy się w odwiedziny. 

W niedzielę planujemy wyjść w górę, żeby założyć obóz pierwszy (C1 – 5800m) i zrobić podejście pod obóz drugi (C2- 6400m).

 

14 września – dotarcie do obozu bazowego pod Manaslu (4895m n.p.m.)

Po 9-dniowym trekkingu dotarłam do obozu bazowego pod Manaslu, na wysokości 4895 m n.p.m. Najtrudniejsza do pokonania – jak do tej pory – była przełęcz Larka Pass, leżąca na wysokości 5100 m n.p.m.

Mimo, że wrzesień i październik to najlepszy okres, aby wybrać się w wysokie góry, to aura nie rozpieszcza. Leje deszcz i jest bardzo zimno. Staram się dostrzegać pozytywne aspekty – mogę podziwiać potężny lodowiec i już dziś będę się mogła rozpakować we własnym namiocie i zregenerować siły. W niedzielę ruszamy w dalszą drogę.

 

9 września, z Dharapani (ok. 1900 ) do Karche (2700 m)

Wreszcie na nogach

Za  nami pierwszy dzień prawdziwego trekkingu. Znaczy się – na nogach. Na dzień dobry spotkaliśmy ekipę naszych chłopaków! Okazało się, że spali w sąsiednim domu, pewni że my już dużo wyżej (drogę samochodową którą my mieliśmy podzieloną na dwa dni, oni pokonali w jeden). Potem spotkaliśmy się jeszcze na lunchu, jedzonym w tym samym lodge`u.

Odcinek jaki dziś pokonywaliśmy nie był specjalnie długi (nie licząc przerw – 3,5 godziny drogi, przy 800 m przewyższenia i 14 km chodzenia), za to, pomijając błoto, całkiem przyjemny (zwłaszcza że dziś w ogóle nie padało). Odkąd odbiliśmy od trasy dookoła Annapurny wyraźnie zrobiło się bardziej „dziko”, zwłaszcza że to tereny gdzie samochodem nie da się dojechać.  Było trochę wiszących mostów, niewielkie wioseczki, skromne poletka i przypominające dżunglę lasy. Miejscowi ludzie – bardzo mili: chętnie pozują do zdjęć, pozdrawiają, widać że jeszcze turyści ich nie zmęczyli. Oddalenie od cywilizacji widać także po tym, że nie ma żadnych sklepów, straganów, a na dzisiejszym noclegu nie ma już ani zasięgu telefonicznego, ani internetu. Swoją drogą ciekawe, że nawet w Himalajach pierwsze pytanie zadawane po dojściu do lodge`u gdzie się śpi to: czy jest internet? 😊

Dziś w czasie wędrówki mieliśmy w końcu okazję pogadać między sobą. Najbardziej doświadczony pod względem gór jest Hiszpan, który bije rekord w ilości ośmiotysięczników zrobionych w ciągu roku. Zaczął w lipcu, kiedy to wszedł na Broad Peak i zaraz potem – K2, teraz próbuje z Manaslu, po czym helikopterem mają go przerzucić pod Dhaulaghiri, a w przyszły roku myśli jeszcze o Evereście i Kanczendzondze. Wszystkie te szczyty robi bez butli z tlenem (na Evereście w tej wersji był już dwa razy). Widać że facet jest cholernie silny i wytrzymały – mam nadzieje że plan mu się uda.

Rozmawiałam też sporo z naszymi Szerpami. Jak się okazuje Pasang, nasz trekkingowy przewodnik, też ma wspinaczkowe geny. Na Evereście był 3 razy, ale to pal licho, ważne że jego babcia (wcale nie wyglądająca na babcię – zwłaszcza że ma zaledwie 45 lat), mieszkająca w USA niejaka Lakhpa Szerpa, ma kobiecy rekord wejść na Everest – 9 razy! W międzyczasie poznałyśmy też naszego Szerpę, który dopiero dołączył do ekipy. Ma na imię Phurba, jest dość cichutki, ale niesamowicie uczynny. Mimo że jest jeszcze bardzo młody (raptem 28  lat), na koncie ma już całkiem sporo ośmiotysięczników – był raz na Evereście, 4 razy na Makalu i – co dla nas istotne – 2 razy na Manaslu.  Minusem jest że nie zna kompletnie angielskiego. W tej sytuacji określenie że na pewno „jakoś się dogadamy” brzmi nieco sarkastycznie, ale na pewno damy radę 😊. Szczerze mówiąc długo się zastanawiałyśmy, czy brać szerpę, ale ostatecznie stwierdziłyśmy że jeden na dwie to całkiem sensowna opcja (no, bez podtekstów 🙂 ). Raz, że prawda jest taka, że wszystkiego do góry same nie wyniesiemy, dwa, że jeśli jedna z nas uzna że nie da rady i odpuści szczyt, druga nie będzie musiała jej towarzyszyć w schodzeniu – będzie mogła pójść do góry sama, bo koleżanka zejdzie z szerpą.

I jeszcze co do szerpów… Rozmawiałam z Kami Ritą o yeti. Powiedział że nie zna nikogo kto widział yeti, ale za to nawet i on, widział ślady yeti. Z tego co pokazywał miały ze 30 m długości i były całkiem wyraźnie odciśnięte na śniegu, bo zdaniem Kani yeti żyją dość wysoko, powyżej granicy 5 tys. metrów n.p.m. Może my też yeti zobaczymy, bo na 5 tys. metrów będziemy za 2 dni. Póki co idziemy przez tereny gdzie są m.in. niedźwiedzie. Ponieważ na drogę nam nie wychodzą, musimy się zadowolić jedynie śmigającymi po kamieniach jaszczurkami, motylami które osiągają tu rozmiar wróbli (po rozłożeniu skrzydeł), a z udomowionej fauny – krowami i końmi (może to muły?). A, i jeszcze był jeden, całkiem długi wąż (nieudomowiony 😊 ). Miał spokojnie ponad metr, przy czym widzieliśmy go już po odcięciu mu głowy. Ponoć jest bardzo jadowity i miejscowi się  go boją. Miłym zaskoczeniem jest natomiast to, że póki co nie odczuliśmy inwazji pijawek, przed czym wiele osób mnie ostrzegało (jedna przyczepiła się do nogi Matiasa, Hiszpana, ale tylko jego to spotkało). Ryzyko spotkań z nimi jest jeszcze tylko jutro, bo potem już będzie dla  nich za wysoko (czyli za zimno).
  

8 września, Dharapani (1860 m)

„TREKKINGU SAMOCHODOWEGO” DZIEŃ KOLEJNY – (znaczy się drugi i ostatni).

Autostrada to bynajmniej nie jest 🙂

Od jutra już drałujemy na nogach, ale póki co wciąż mamy trekking na kołach :). Tyle żę dzisiaj jazda była fajniejsza, bo przynajmniej coś się działo, poza tym dżipy są jednak fajniejsze niż autobus, no i widokowo było całkiem, całkiem.

Do przejechania mieliśmy ok.  45 km, co zajęło nam bite 7 godzin (po odjęciu przerwy na lunch – 6). Wczoraj wspominałam coś o przepaściach i wąskiej drodze, ale dziś to dopiero był hard core – jazda na krawędzi przepaści, przejazdy przez potoki i pod wodospadami (bo leje się z tych gór w związku z monsunowymi deszczami strasznie), wertepy, wyboje że się waliło głową w sufit, błoto po kolana, odcinek zasypany kamienną lawiną (na szczęście lokalsi kończyli już „odgruzowywanie”)…  Trasa którą pokonaliśmy to odcinek słynnego trekkingu dookoła Annapurny – dopiero od jutra odbijamy w bardziej „dziką” część gór, jaką jest region Manaslu.

Z widoczków po drodze

Z ciekawych rzeczy to rozmawiałam dzisiaj dużo z Kami Ritą (czyli tym Szerpą co był 22 razy na Evereście). Ciekawe rzeczy mówił. Opowiedział mi trochę o swojej rodzinie – o ojcu który należał do prekursorów systemu obsługi wspinaczy przez Szerpów, o swoim synu, który nie ma wcale smykałki górskiej i wyrywa się do miasta, no i o swoich wyprawach. Kami Rita oprócz Everestu był m.in. na K2 i kilku innych ośmiotysięcznikach, ale twierdzi że wcale nie ma ambicji robienia Korony Himalajów (zdobywania wszystkich ośmiotysięczników), bo nie chce już więcej ryzykować. Chyba tąpnęło nim po pamiętnej lawinie na Evereście w 2014 roku, kiedy to zginęło kilkunastu Szerpów. Zamierza popracować jeszcze 3 lata (obecnie ma chyba 48), a potem przejść na funkcję kierownika bazy i już wysoko w góry nie wychodzić.  Pytałam go, która droga na Everest jest łatwiejsza – ta od strony tybetańskiej czy nepalskiej – bo zna obie? Nie miał wątpliwości że zdecydowanie trudniejsza i bardziej niebezpieczna jest nepalska. Gadaliśmy też o skalnym Stopniu Hillarego – najtrudniejszym technicznie miejscu na Evereście – czy nadal jest, czy faktycznie po trzęsieniu ziemi w 2015 roku się zawalił. Kami Rita był tam w tym roku i widział, rozwiał więc wątpliwości: Stopnia Hilarego już nie ma, Everest się „uprościł”!
 

W wiosce, w której dziś nocujemy.

Mieliśmy też dzisiaj czas na rozmowy w gronie naszej ekipy, która swoją drogą dzisiaj powiększyła się jeszcze o kolejnego Hiszpana i Turka. Bardzo mocni wydają się zwłaszcza Argentyńczycy – młode chłopaki, obaj pracują jako przewodnicy górscy, no i jak się okazuje mam z nimi wspólnych znajomych. No ale co się wydaje to jedno, a w praktyce góra ostatecznie zweryfikuje kto jest silny i kto na nią zasłużył.

No i na koniec sprawa najważniejsza! Moja facebookowa zbiórka na chorą nieuleczalnie Madzię, o której piszę tutaj, a której pilnie potrzebny jest pionizator, dobiega końca! Zastanawiałam się czy potrzebne 8 tys. uzbieramy do zadeklarowanego grudnia, a tymczasem jesteśmy na finiszu w pierwszym tygodniu akcji!!! Ja jeszcze nie doszłam nawet do bazy, a tu “finansowe Manaslu” już w ataku szczytowym! Widząc tyle osób które włączają się w pomoc, tym bardziej doceniam, jak fantastycznych ludzi mam w swoim otoczeniu! I wiem, że jak zbiórka osiągnie swój cel, popłaczę się z radości i wzruszenia!

Z ostatniej chwili: dotarła do nas smutna wiadomość, że spadł helikopter lecący z bazy pod Manaslu. Wywoził do bazy sprzęt, a wracając zabrał kilka osób chcących się dostać do Katmandu. Oprócz pilota zginął japoński turysta, lama buddyjski i kilkoro miejscowych. Przykre… ☹

I zdjęcia z dzisiejszego dnia…

 

 

7 września, Z Katmandu do Besisahar (760 m n.p.m.)

WRESZCIE W GÓRY

Gotowi do drogi!

Lubię ten moment na rejsach morskich, kiedy wreszcie oddajemy cumy i wypływamy w morze, rozpoczynając wymarzony rejs. To że zapewne za jakiś czas przyjdzie moment, kiedy będziemy te upragnione morze przeklinać, mówiąc sobie „nigdy więcej”, to już inna sprawa.

W górach jest podobnie. Moment wyruszenia w góry to coś co cieszy, ekscytuje, dodaje sił, choć i w tym przypadku prawdopodobnie będą chwile obietnic: „to już ostatni raz”.

W każdym razie dziś ten moment wyczekanego wyruszenia w góry nadszedł. Znaczy się – zaczęliśmy trekking do bazy pod Manaslu. No, może słowo „trekking” jest trochę pojęciem umownym, na wyrost, bo dziś akurat wcale nie chodziliśmy, tylko jechaliśmy. Do pokonania było 180 km, co zajęło nam bite 9 godzin (fakt, z dwoma postojami, jednym krótkim i drugim obiadowym). Niestety Nepal autostradami poszczycić się nie może – droga którą jechaliśmy (jedna z głównych, Katmandu-Pokhara) nie dość że wąska i kręta, odcinkami wijąca się ponad przepaściami, to jeszcze z robotami wymuszającym puszczanie ruchu w przerwach, wahadłowo.

Kami Rita, czyli nasz Szerpa-rekordzista.

Jechaliśmy autobusem wreszcie w pełnym składzie ekipy z którą będziemy mieli obóz bazowy. W sumie jest na osiem osób – poza mną i jak się teraz zorientowałam – 12 lat ode mnie młodszą Asią, ekipę stanowią:
– Magda Poniatowska – z Polski (choć aktualnie z Wielkiej Brytanii) – lat 44
– Hugues Duplantier – z Francji  – lat 44
– Ulises Kusnezov – z Argentyny – lat 24
– Matias Marin z Argentyny, lat 38
– Jordi Bosch Leo, Hiszpan, lat 61
– Francesco Goni Lobera , Hiszpan, lat 54
no i jeszcze – do bazy, jest jeszcze przesympatyczna Virginia, żona Francuza, która w górach już potem nie zostaje.

Kurde, wygląda że jestem wiekowo na podium (mam na myśli kategorię najstarszych) 🙂  Oczywiście skłamię, jeśli powiem że się tym przejmuję 🙂
Idzie też z nami Kami Rita Szerpa, do którego należy światowy rekord w liczbie wejść na Everest – był na tym szczycie już 22 razy! Jak się okazało Rita jest rodzonym bratem Lakpy, Szerpy który został pierwszym Nepalczykiem, który zrobił Koronę Ziemi, a tak w ogóle to był naszym przewodnikiem na Mt Vinson, najwyższej górze Antarktydy! Na wyprawie Rita ma być opiekunem grupy Chińczyków, którzy nie pokonują trasy trekkingowej, tylko do ostatniej wioski pod bazą dolatują helikopterem i dopiero potem, niewielki już kawałek idą. Ciekawe podejście, bo okej, rozumiem że mają kasę na śmigło, ale aklimatyzacji to nie sprzyja.

Główna ulica miasteczka, gdzie dziś śpimy.

Co do aklimatyzacji to wszyscy się zastanawiamy jak będzie z nami. Do bazy mamy dotrzeć 9-tego dnia, ale po drodze mamy do pokonania przełęcz o wysokości 5100 m. Owszem, będziemy mieli przed nią dzień aklimatyzacyjny (czyli dwie noce w jednym miejscu), ale czy będzie to wystarczająco by się przystosować do skoku tak wysoko, mam wątpliwości. Coś czuję że łatwo nie będzie…

Dziś nocujemy w miasteczku (a może raczej – dużej wiosce) Besisahar na wysokości 760 m. Nisko, dobre 600 m niżej od Katmandu. Przeczekałyśmy popołudniową ulewę monsunową (bo to chyba tutaj standard, że popołudniami leje) i poszłyśmy się z Asią przejść.  Całe życie metropolii ogranicza się do głównej ulicy ze sklepami typu mydło i powidło. Obkupiłyśmy się w owoce (granaty, banany, jabłka) plus imbir i cytryny, które na pewno w bazie docenimy, nie mówiąc o tym, że za wszystko zapłaciłam niecałe dwa dolary! Za to trzeba przyznać, że okolica jest całkiem ładna – zielone, jeszcze nie wysokie wzgórza, porośnięte młodym ryżem tarasowate poletka… Trzeba się na tę świeżą zieleń napatrzeć, bo za kilka dni będą już tylko gołe, surowe skały i lodowce.

6 września, Katmandu – BUTY, KASYNO I ŚCIENNY HIMALAIZM

Uliczny szewc naprawia moje buty.

Uff, pakowanie bagażu w góry zakończone, torby podopinane (z dużym trudem), jutro wyruszamy. Piszę „torby” bo na tego typu wyprawy wspinacze pakują się albo w plastikowe beczki, albo w grube, gumowane, wodoodporne torby, tak by zmniejszyć w czasie transportu ryzyko zniszczenia sprzętu, ciuchów czy jedzenia.

Dzień minął na ostatnich zakupach i przygotowaniach. W moim wypadku najważniejszą sprawą było podreperowanie moich butów wysokogórskich. Swoje już przeszły, poklejone dziury sprawiają że jest na nich łata na łacie, ale trochę się obawiałam, że łaty na mrozie i w śniegu jednak puszczą. Na wszelki wypadek wzięłam buciory pod pachę i pofatygowałam się do lokalnego szewca. Warsztat  stanowił wydzielony kawałek chodnika, cały sprzęt to kilka prostych narzędzi, ale widać było że facet na rzeczy się znał. Popatrzył na buty, pokiwał, gdzieś pobiegł, przyniósł kawałki gumy i powiedział bym przyszła za 2 godziny. Efekt? Fantastyczny! Zastanawiam się nawet, czy jest sens myśleć o wymianie butów (gdyby nie to, że to wydatek około 3 tys. zł i że trudno o mój rozmiar, już dawno bym je wymieniła). Wygląda na to, że jeszcze trochę posłużą.

Program turystyczny sobie odpuściłam, bo byłam już tyle razy w Katmandu, że wszystko co istotne widziałam, za to między zakupami zaliczyłam sobie taki trochę mniej standardowy obraz miasta. Na przykład koszary Ghurków, czyli słynących z waleczności i odwagi oddziałów legendarnych nepalskich żołnierzy, których w szeregi swojej armii w ramach kontraktów bierze nawet armia brytyjska.

Wpadłam też do kasyna. Nie grać – popatrzeć. Co ciekawe – Nepalczycy (poza obsługą) mają do tego przybytku wstęp zakazany. Za to w środku, mimo wczesnej, południowej pory, zastałam tłum pochłoniętych głównie black jackiem Chińczyków i Hindusów.

Z ciekawych obrazków, chłopiec pomagający tacie w obsłudze straganu z owocami pokazał mi dziś małpę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miało to miejsce dosłownie w centrum miasta, przy ruchliwej ulicy, z dala od jakichkolwiek parków czy w ogóle drzew. Małpa siedziała sobie na słupie, jak to tutaj, obwieszonym pajęczyną drutów i wcale nie wyglądała na jakąś speszoną otoczeniem.

Sympatycznym przerywnikiem w dość aktywnym dniu, było spotkanie z kolegami z wyprawy PZA, czyli Rafał Fronia and Company. Poszliśmy razem na obiad, potem jeszcze trochę połaziliśmy wspólnie po sklepach, no ale niestety kolejne spotkanie będzie dopiero w bazie  pod Manaslu, za dobre 6 dni.

Dla odmiany kolację zjadłyśmy już w gronie naszej ekipy, tej z którą jutro wyruszamy do bazy. Międzynarodowy miks, przy czym większość to raczej doświadczeni wspinacze. Agencja zabrała nas na tę kolację do Rum Doodle – słynnej knajpy, w której na ścianach są autografy tych, co zdobyli Everest, a pod sufitem wiesza się „stopy” z podpisami tych, co wrócili z jakichś trekkingów. Co do tych Everestowców to wszyscy którzy są tam wypisani, mają prawo przyjść do owej knajpki kiedy tylko chcą i zamówić sobie bezpłatny obiad lub drinka. Jeśli ktoś chce zapytać, czy z tego korzystam, to nie, nie jestem tam nawet wpisana. Ale swoją drogą te popisane ściany to kawał himalajskiej historii- znalazłam tam autografy m.in. Messnera, Hillary`ego, Tenzinga, Roba Halla  i wielu innych osób. Wpisów ściennych naszych himalaistów nie mogłam się doszukać, ale wiem że są, bo w starym lokalu je na planszach widziałam (teraz jest to nowe miejsce – przenosiny były jakieś 2 lata temu, po trzęsieniu ziemi). Za to w księgach uprawniających do wpisu znalazłam Anię Czerwińską, a na jednej ze ścian wisi plakat z wyprawy na Nangę Parbat pod przewodnictwem ś.p. Artura Hajzera.

A co do sław górskich, to jednym z gości naszego hotelu jest słynny meksykański himalaista Carlos Carsolio, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. Z tego co wiem, wybiera się na Dhaulagiri. Nie tak dawno ktoś z moich górskich znajomych powiedział o nim: “no, ten Carlos, ten stary”… Sprawdziłam – Carlos jest raptem 4 lata starszy ode mnie 😊

5 września, Katmandu. PRACOWITY DZIEŃ

Dawa Sherpa – zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.

Rano miałyśmy spotkanie z Dawą, współwłaścicielem agencji Seven Summits Treks. Chodziło o sprawy organizacyjne, choć i tak główny “breefing” (po naszemu to raczej „odprawa”) odbędzie się dopiero jutro, jak już zjedzie się cała międzynarodowa ekipa. To co najważniejsze, to to, że wyruszamy pojutrze, ale swoją drogą już sama osoba Dawy okazała się ciekawa, bo jak się okazuje, facet ma na koncie Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczniki, przy czym większość zdobył nawet więcej niż raz. Nie powiem, zrobił na mnie wrażenie, bo choć bardzo sympatyczny, na pierwszy rzut oka raczej z tych niepozornych.

Oprócz pracy w agencji, Dawa prowadzi sklep. Zajrzałyśmy, no i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to… liofilizaty naszego rodzimego, polskiego Lyofooda! Nasz bigos tutaj? Po prostu oniemiałam!

Bigosu nie kupiłyśmy (swoją drogą przywiozłam go sobie… 😊) za to zabrałyśmy się taksą do wielkiego hipermarketu trochę dalej od sklepików turystycznego Thamelu (dzielnica gdzie mieszkają turyści, czyli z założenia jest drożej) i tam obkupiłyśmy się w to, czego ze względu na limity bagażowe w samolocie, nie zabrałyśmy z Polski (papier toaletowy, kosmetyki, słodycze itp.). A potem były jeszcze zakupy na Thamelu, czyli uzupełnianie sprzętu, w ramach czego stałam się szczęśliwą posiadaczką m.in. wielkiego parasola. Parasol jest niezbędny, bo skoro jest monsun, to leje może nie ciągle, ale często, a jak leje, to konkretnie. Doświadczyłam tego choćby dzisiaj, kiedy chciałam przebiec raptem 100 m między sklepami – zmoczyło mnie od stóp do głów (co za dziwne sformułowanie, raczej: od głowy do stóp), włącznie z bielizną, tak że kiedy już do tego sklepu dopadłam, to wyszłam właśnie

Toast z Rafałem Fronią – za udaną wyprawę!

ze wspomnianym parasolem (pomysł trochę spóźniony, bo i tak już zmokłam). Potem był jeszcze problem z powrotem do hotelu, bo ulice, włącznie z chodnikami, zamieniły się w istne rzeki. Najbardziej cieszyli się z tego faktu rikszarze, bo zarabiali na elegantach, co nie chcieli do wody wejść, a jakoś musieli się z tego bajora wydostać. Wygrani byli też ci co mieli rowery,  choć pytanie czy to były jeszcze zwykłe jednoślady, czy już rowery wodne? Ja wybrałam wersję dla plebsu, czyli brodzenie po kolana w wodzie…

W międzyczasie odezwał się Rafał Fronia, nasz znany himalaista, ten który był na zimowym K2, gdzie kamień uszkodził mu rękę… Rafał czeka na resztę swoich chłopaków z którymi będzie zdobywał Manaslu (właśnie dali cynk, że dolecieli – kilka godzin po Rafale), no a póki co dżentelmeńsko zaprosił nas na kolację. Miło! W każdym razie było bardzo przyjemnie, kurczak tandoori smakował wyśmienicie, piwo Everest (tak się nazywa, bo to nepalski produkt) też oczywiście było, a jeśli do tego dodać możliwość fajnego pogadania, to wyszedł z tego super wieczór. Swoją drogą szkoda że chłopcy wyruszają na trekking dzień po nas – zawsze w swoim, polskim gronie byłoby przyjemniej…