Część trekingowa – dotarcie do bazy

15 września – regeneracja w bazie

W bazie pod Manaslu (4800 m) na zmianę leje deszcz albo pada śnieg. Rano się trochę przejaśniło, więc mogłyśmy przesuszyć ubrania i nawet przez chwilę zobaczyć szczyt.

Mamy bardzo dobrą lokalizację namiotu – z jednej strony rozciąga się potężny, posiekany szczelinami lodowiec, a z drugiej wznosi się skalna ściana, z której co jakiś czas dochodzi huk lawin. Na szczęście są na tyle daleko, że nam nie zagrażają.

Zbieramy siły. Kondycyjnie czujemy się dobrze.

Nie marnujemy czasu i podczas aklimatyzacji, zawieramy wiele międzynarodowych znajomości. Poznałyśmy między innymi wspinacza z Hiszpanii, który w ciągu 365 dni chce zdobyć 6 ośmiotysięczników (w lipcu zdobył BroadPeak i K2) oraz dwóch Chińczyków, z których jeden zamierza zjechać z Manaslu na nartach, a drugi na desce snowboardowej.

Do chłopaków z narodowej wyprawy mamy dość daleko, ale niewykluczone, że wybierzemy się w odwiedziny. 

W niedzielę planujemy wyjść w górę, żeby założyć obóz pierwszy (C1 – 5800m) i zrobić podejście pod obóz drugi (C2- 6400m).

 

14 września – dotarcie do obozu bazowego pod Manaslu (4895m n.p.m.)

Po 9-dniowym trekkingu dotarłam do obozu bazowego pod Manaslu, na wysokości 4895 m n.p.m. Najtrudniejsza do pokonania – jak do tej pory – była przełęcz Larka Pass, leżąca na wysokości 5100 m n.p.m.

Mimo, że wrzesień i październik to najlepszy okres, aby wybrać się w wysokie góry, to aura nie rozpieszcza. Leje deszcz i jest bardzo zimno. Staram się dostrzegać pozytywne aspekty – mogę podziwiać potężny lodowiec i już dziś będę się mogła rozpakować we własnym namiocie i zregenerować siły. W niedzielę ruszamy w dalszą drogę.

 

9 września, z Dharapani (ok. 1900 ) do Karche (2700 m)

Wreszcie na nogach

Za  nami pierwszy dzień prawdziwego trekkingu. Znaczy się – na nogach. Na dzień dobry spotkaliśmy ekipę naszych chłopaków! Okazało się, że spali w sąsiednim domu, pewni że my już dużo wyżej (drogę samochodową którą my mieliśmy podzieloną na dwa dni, oni pokonali w jeden). Potem spotkaliśmy się jeszcze na lunchu, jedzonym w tym samym lodge`u.

Odcinek jaki dziś pokonywaliśmy nie był specjalnie długi (nie licząc przerw – 3,5 godziny drogi, przy 800 m przewyższenia i 14 km chodzenia), za to, pomijając błoto, całkiem przyjemny (zwłaszcza że dziś w ogóle nie padało). Odkąd odbiliśmy od trasy dookoła Annapurny wyraźnie zrobiło się bardziej „dziko”, zwłaszcza że to tereny gdzie samochodem nie da się dojechać.  Było trochę wiszących mostów, niewielkie wioseczki, skromne poletka i przypominające dżunglę lasy. Miejscowi ludzie – bardzo mili: chętnie pozują do zdjęć, pozdrawiają, widać że jeszcze turyści ich nie zmęczyli. Oddalenie od cywilizacji widać także po tym, że nie ma żadnych sklepów, straganów, a na dzisiejszym noclegu nie ma już ani zasięgu telefonicznego, ani internetu. Swoją drogą ciekawe, że nawet w Himalajach pierwsze pytanie zadawane po dojściu do lodge`u gdzie się śpi to: czy jest internet? 😊

Dziś w czasie wędrówki mieliśmy w końcu okazję pogadać między sobą. Najbardziej doświadczony pod względem gór jest Hiszpan, który bije rekord w ilości ośmiotysięczników zrobionych w ciągu roku. Zaczął w lipcu, kiedy to wszedł na Broad Peak i zaraz potem – K2, teraz próbuje z Manaslu, po czym helikopterem mają go przerzucić pod Dhaulaghiri, a w przyszły roku myśli jeszcze o Evereście i Kanczendzondze. Wszystkie te szczyty robi bez butli z tlenem (na Evereście w tej wersji był już dwa razy). Widać że facet jest cholernie silny i wytrzymały – mam nadzieje że plan mu się uda.

Rozmawiałam też sporo z naszymi Szerpami. Jak się okazuje Pasang, nasz trekkingowy przewodnik, też ma wspinaczkowe geny. Na Evereście był 3 razy, ale to pal licho, ważne że jego babcia (wcale nie wyglądająca na babcię – zwłaszcza że ma zaledwie 45 lat), mieszkająca w USA niejaka Lakhpa Szerpa, ma kobiecy rekord wejść na Everest – 9 razy! W międzyczasie poznałyśmy też naszego Szerpę, który dopiero dołączył do ekipy. Ma na imię Phurba, jest dość cichutki, ale niesamowicie uczynny. Mimo że jest jeszcze bardzo młody (raptem 28  lat), na koncie ma już całkiem sporo ośmiotysięczników – był raz na Evereście, 4 razy na Makalu i – co dla nas istotne – 2 razy na Manaslu.  Minusem jest że nie zna kompletnie angielskiego. W tej sytuacji określenie że na pewno „jakoś się dogadamy” brzmi nieco sarkastycznie, ale na pewno damy radę 😊. Szczerze mówiąc długo się zastanawiałyśmy, czy brać szerpę, ale ostatecznie stwierdziłyśmy że jeden na dwie to całkiem sensowna opcja (no, bez podtekstów 🙂 ). Raz, że prawda jest taka, że wszystkiego do góry same nie wyniesiemy, dwa, że jeśli jedna z nas uzna że nie da rady i odpuści szczyt, druga nie będzie musiała jej towarzyszyć w schodzeniu – będzie mogła pójść do góry sama, bo koleżanka zejdzie z szerpą.

I jeszcze co do szerpów… Rozmawiałam z Kami Ritą o yeti. Powiedział że nie zna nikogo kto widział yeti, ale za to nawet i on, widział ślady yeti. Z tego co pokazywał miały ze 30 m długości i były całkiem wyraźnie odciśnięte na śniegu, bo zdaniem Kani yeti żyją dość wysoko, powyżej granicy 5 tys. metrów n.p.m. Może my też yeti zobaczymy, bo na 5 tys. metrów będziemy za 2 dni. Póki co idziemy przez tereny gdzie są m.in. niedźwiedzie. Ponieważ na drogę nam nie wychodzą, musimy się zadowolić jedynie śmigającymi po kamieniach jaszczurkami, motylami które osiągają tu rozmiar wróbli (po rozłożeniu skrzydeł), a z udomowionej fauny – krowami i końmi (może to muły?). A, i jeszcze był jeden, całkiem długi wąż (nieudomowiony 😊 ). Miał spokojnie ponad metr, przy czym widzieliśmy go już po odcięciu mu głowy. Ponoć jest bardzo jadowity i miejscowi się  go boją. Miłym zaskoczeniem jest natomiast to, że póki co nie odczuliśmy inwazji pijawek, przed czym wiele osób mnie ostrzegało (jedna przyczepiła się do nogi Matiasa, Hiszpana, ale tylko jego to spotkało). Ryzyko spotkań z nimi jest jeszcze tylko jutro, bo potem już będzie dla  nich za wysoko (czyli za zimno).
  

8 września, Dharapani (1860 m)

„TREKKINGU SAMOCHODOWEGO” DZIEŃ KOLEJNY – (znaczy się drugi i ostatni).

Autostrada to bynajmniej nie jest 🙂

Od jutra już drałujemy na nogach, ale póki co wciąż mamy trekking na kołach :). Tyle żę dzisiaj jazda była fajniejsza, bo przynajmniej coś się działo, poza tym dżipy są jednak fajniejsze niż autobus, no i widokowo było całkiem, całkiem.

Do przejechania mieliśmy ok.  45 km, co zajęło nam bite 7 godzin (po odjęciu przerwy na lunch – 6). Wczoraj wspominałam coś o przepaściach i wąskiej drodze, ale dziś to dopiero był hard core – jazda na krawędzi przepaści, przejazdy przez potoki i pod wodospadami (bo leje się z tych gór w związku z monsunowymi deszczami strasznie), wertepy, wyboje że się waliło głową w sufit, błoto po kolana, odcinek zasypany kamienną lawiną (na szczęście lokalsi kończyli już „odgruzowywanie”)…  Trasa którą pokonaliśmy to odcinek słynnego trekkingu dookoła Annapurny – dopiero od jutra odbijamy w bardziej „dziką” część gór, jaką jest region Manaslu.

Z widoczków po drodze

Z ciekawych rzeczy to rozmawiałam dzisiaj dużo z Kami Ritą (czyli tym Szerpą co był 22 razy na Evereście). Ciekawe rzeczy mówił. Opowiedział mi trochę o swojej rodzinie – o ojcu który należał do prekursorów systemu obsługi wspinaczy przez Szerpów, o swoim synu, który nie ma wcale smykałki górskiej i wyrywa się do miasta, no i o swoich wyprawach. Kami Rita oprócz Everestu był m.in. na K2 i kilku innych ośmiotysięcznikach, ale twierdzi że wcale nie ma ambicji robienia Korony Himalajów (zdobywania wszystkich ośmiotysięczników), bo nie chce już więcej ryzykować. Chyba tąpnęło nim po pamiętnej lawinie na Evereście w 2014 roku, kiedy to zginęło kilkunastu Szerpów. Zamierza popracować jeszcze 3 lata (obecnie ma chyba 48), a potem przejść na funkcję kierownika bazy i już wysoko w góry nie wychodzić.  Pytałam go, która droga na Everest jest łatwiejsza – ta od strony tybetańskiej czy nepalskiej – bo zna obie? Nie miał wątpliwości że zdecydowanie trudniejsza i bardziej niebezpieczna jest nepalska. Gadaliśmy też o skalnym Stopniu Hillarego – najtrudniejszym technicznie miejscu na Evereście – czy nadal jest, czy faktycznie po trzęsieniu ziemi w 2015 roku się zawalił. Kami Rita był tam w tym roku i widział, rozwiał więc wątpliwości: Stopnia Hilarego już nie ma, Everest się „uprościł”!
 

W wiosce, w której dziś nocujemy.

Mieliśmy też dzisiaj czas na rozmowy w gronie naszej ekipy, która swoją drogą dzisiaj powiększyła się jeszcze o kolejnego Hiszpana i Turka. Bardzo mocni wydają się zwłaszcza Argentyńczycy – młode chłopaki, obaj pracują jako przewodnicy górscy, no i jak się okazuje mam z nimi wspólnych znajomych. No ale co się wydaje to jedno, a w praktyce góra ostatecznie zweryfikuje kto jest silny i kto na nią zasłużył.

No i na koniec sprawa najważniejsza! Moja facebookowa zbiórka na chorą nieuleczalnie Madzię, o której piszę tutaj, a której pilnie potrzebny jest pionizator, dobiega końca! Zastanawiałam się czy potrzebne 8 tys. uzbieramy do zadeklarowanego grudnia, a tymczasem jesteśmy na finiszu w pierwszym tygodniu akcji!!! Ja jeszcze nie doszłam nawet do bazy, a tu “finansowe Manaslu” już w ataku szczytowym! Widząc tyle osób które włączają się w pomoc, tym bardziej doceniam, jak fantastycznych ludzi mam w swoim otoczeniu! I wiem, że jak zbiórka osiągnie swój cel, popłaczę się z radości i wzruszenia!

Z ostatniej chwili: dotarła do nas smutna wiadomość, że spadł helikopter lecący z bazy pod Manaslu. Wywoził do bazy sprzęt, a wracając zabrał kilka osób chcących się dostać do Katmandu. Oprócz pilota zginął japoński turysta, lama buddyjski i kilkoro miejscowych. Przykre… ☹

I zdjęcia z dzisiejszego dnia…

 

 

7 września, Z Katmandu do Besisahar (760 m n.p.m.)

WRESZCIE W GÓRY

Gotowi do drogi!

Lubię ten moment na rejsach morskich, kiedy wreszcie oddajemy cumy i wypływamy w morze, rozpoczynając wymarzony rejs. To że zapewne za jakiś czas przyjdzie moment, kiedy będziemy te upragnione morze przeklinać, mówiąc sobie „nigdy więcej”, to już inna sprawa.

W górach jest podobnie. Moment wyruszenia w góry to coś co cieszy, ekscytuje, dodaje sił, choć i w tym przypadku prawdopodobnie będą chwile obietnic: „to już ostatni raz”.

W każdym razie dziś ten moment wyczekanego wyruszenia w góry nadszedł. Znaczy się – zaczęliśmy trekking do bazy pod Manaslu. No, może słowo „trekking” jest trochę pojęciem umownym, na wyrost, bo dziś akurat wcale nie chodziliśmy, tylko jechaliśmy. Do pokonania było 180 km, co zajęło nam bite 9 godzin (fakt, z dwoma postojami, jednym krótkim i drugim obiadowym). Niestety Nepal autostradami poszczycić się nie może – droga którą jechaliśmy (jedna z głównych, Katmandu-Pokhara) nie dość że wąska i kręta, odcinkami wijąca się ponad przepaściami, to jeszcze z robotami wymuszającym puszczanie ruchu w przerwach, wahadłowo.

Kami Rita, czyli nasz Szerpa-rekordzista.

Jechaliśmy autobusem wreszcie w pełnym składzie ekipy z którą będziemy mieli obóz bazowy. W sumie jest na osiem osób – poza mną i jak się teraz zorientowałam – 12 lat ode mnie młodszą Asią, ekipę stanowią:
– Magda Poniatowska – z Polski (choć aktualnie z Wielkiej Brytanii) – lat 44
– Hugues Duplantier – z Francji  – lat 44
– Ulises Kusnezov – z Argentyny – lat 24
– Matias Marin z Argentyny, lat 38
– Jordi Bosch Leo, Hiszpan, lat 61
– Francesco Goni Lobera , Hiszpan, lat 54
no i jeszcze – do bazy, jest jeszcze przesympatyczna Virginia, żona Francuza, która w górach już potem nie zostaje.

Kurde, wygląda że jestem wiekowo na podium (mam na myśli kategorię najstarszych) 🙂  Oczywiście skłamię, jeśli powiem że się tym przejmuję 🙂
Idzie też z nami Kami Rita Szerpa, do którego należy światowy rekord w liczbie wejść na Everest – był na tym szczycie już 22 razy! Jak się okazało Rita jest rodzonym bratem Lakpy, Szerpy który został pierwszym Nepalczykiem, który zrobił Koronę Ziemi, a tak w ogóle to był naszym przewodnikiem na Mt Vinson, najwyższej górze Antarktydy! Na wyprawie Rita ma być opiekunem grupy Chińczyków, którzy nie pokonują trasy trekkingowej, tylko do ostatniej wioski pod bazą dolatują helikopterem i dopiero potem, niewielki już kawałek idą. Ciekawe podejście, bo okej, rozumiem że mają kasę na śmigło, ale aklimatyzacji to nie sprzyja.

Główna ulica miasteczka, gdzie dziś śpimy.

Co do aklimatyzacji to wszyscy się zastanawiamy jak będzie z nami. Do bazy mamy dotrzeć 9-tego dnia, ale po drodze mamy do pokonania przełęcz o wysokości 5100 m. Owszem, będziemy mieli przed nią dzień aklimatyzacyjny (czyli dwie noce w jednym miejscu), ale czy będzie to wystarczająco by się przystosować do skoku tak wysoko, mam wątpliwości. Coś czuję że łatwo nie będzie…

Dziś nocujemy w miasteczku (a może raczej – dużej wiosce) Besisahar na wysokości 760 m. Nisko, dobre 600 m niżej od Katmandu. Przeczekałyśmy popołudniową ulewę monsunową (bo to chyba tutaj standard, że popołudniami leje) i poszłyśmy się z Asią przejść.  Całe życie metropolii ogranicza się do głównej ulicy ze sklepami typu mydło i powidło. Obkupiłyśmy się w owoce (granaty, banany, jabłka) plus imbir i cytryny, które na pewno w bazie docenimy, nie mówiąc o tym, że za wszystko zapłaciłam niecałe dwa dolary! Za to trzeba przyznać, że okolica jest całkiem ładna – zielone, jeszcze nie wysokie wzgórza, porośnięte młodym ryżem tarasowate poletka… Trzeba się na tę świeżą zieleń napatrzeć, bo za kilka dni będą już tylko gołe, surowe skały i lodowce.