Akcja górska

26 września, noc w obozie trzecim

Dotarłyśmy do Camp3 na wysokości 6800m. Do przejścia było tylko 400 metrów, ale było bardzo ciężko. Wspinaczka po pionowych ścianach. 

Jutro z rana idziemy do Camp4, skąd o 2 w nocy rozpoczniemy atak szczytowy.
Szczerze mówiąc, łatwo nie jest.

Dziś Hiszpan z naszej grupy, Sergio otworzył Górę, czyli zdobył szczyt jako pierwszy w tum sezonie.

25 września, nocleg w obozie drugim

Jesteśmy w obozie drugim, gdzie nocujemy. Dziś w nocy mogą być pierwsze wejścia na szczyt. My szykujemy się na poranek, 28 września. 

Jesteśmy dobrej myśli, choć w związku z górskim metabolizmem, zrzuciłam już kilka kilogramów. Palce mam poklejone superglue – sposób na pękające opuszki 🤨, no i męczy mnie strasznie moja stała górska dolegliwość – odbierający siły kaszel wysokościowy. No, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. 

Byle już śniegu więcej nie padało i nie było silnych wiatrów

23 września, pakowanie na dalszą wyprawę

Pogoda w końcu się poprawia. Rano słońce, po południu chmury, ale bez deszczu. Jutro w końcu wychodzimy w górę. Pogoda ma się utrzymać do końca tygodnia, więc trzeba to wykorzystać. Dziś wieczór pakowanie, bo chcemy wynieść już do góry rzeczy na atak szczytowy.
Plan jest taki: noc w c1,c2,c3. I wtedy zobaczymy. Jak będzie dobrze, to klepniemy c4 na 7400m.

Część ekipy poszła już dziś do góry i baza trochę pusta.23

22 września, sypie śnieg

Z pogodą gorzej, niż fatalnie – cały czas sypie śnieg. Główny temat rozmów w bazie, to kiedy ruszyć z atakiem szczytowym. 

Z dodatkowych atrakcji, to dziś odczuliśmy trzęsienie ziemi, a po śniadaniu mieliśmy wreszcie pudżę – buddyjską mszę za udane zdobycie góry i szczęśliwy powrót. 

21 września, regeneracja w bazie

Ładną zimę mamy tego lata  Dziś nas zasypało. Namioty w bazie odśnieżałyśmy trzy razy w ciągu dnia. Boimy się, że te w wyższych obozach będą nie tylko trudne do znalezienia, ale też połamane. Wszyscy czekamy na okno pogodowe, które pozwoli na atak szczytowy. Nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Prognozy się różnią. 

Dzień spędziłam głównie towarzysko. Najpierw odwiedziłam poznaną w Camp2 ekipę rosyjską (jeden z nich grał w siatkówkę w jednej drużynie z Denisem Urubko). Co fajne – Rosjanie mają gitarę i super śpiewają. 

Po obiedzie przygotowałyśmy sobie z Asią jedzenie na wyjście w góry (liofilizaty, batony energetyczne, etc). A potem byłyśmy w gościach u naszych kolegów z wyprawy PZA (a oni odwiedzili nas wczoraj). 

Z naszego obozu odpada tymczasem trzecia osoba. Najpierw wycofało się dwóch Hiszpanów, teraz szerpowie z obsługi przyszli do mnie po deksametazon dla Tajwańczyka, któremu już podano tlen, a rano ma go zabrać helikopter.

20 września, powrót do bazy

Zeszłam już do bazy, jak fajnie jest po tych kilku dniach niemycia się wreszcie wziąć prysznic (czytaj: wiadro nagrzanej wody) i zjeść coś normalnego.

Wydarzeniem dnia stała się bójka dwóch Chińczyków – jeden z nich kopnął drugiego butem z rakiem, a że był to kop w stylu Bruca Lee, to faceta z rozoraną klatką piersiową helikopterem zabrano do szpitala. Jak widać, różne niebezpieczeństw czyhają na ośmiotysięcznikach.

P.S. Już na poważnie, na niedalekim Dhaulagiri, innym nepalskim 8-tysięczniku zginął wczoraj szerpa. (Fot. Szczyt Dhaulagiri – Wikipedia)

Dhaulagiri
Dhaulagiri

19 września, podejście pod obóz III

Postanowiłam wykorzystać ładną pogodę i zrobiłam podejście pod obóz trzeci (prawie 6800m) i wróciłam na nocleg do obozu drugiego.

Jeszcze wczoraj dojście do Camp3 było niemożliwe ze względu na zagrożenie lawinowe, a poza tym to odcinek wymagający już technicznego wspinania i zjazdów na linie. 
Jutro chcę zejść do bazy.  Najpierw jednak czeka mnie noc w namiocie. Wczoraj było -15 stopni, a rano wszystko oszronione.

Niestety, dzisiaj rano, ze względu na problemy aklimatyzacyjne Asia podjęła jedyną słuszną decyzję i pod opieką szerpy zeszła do bazy. Teraz czuje się już lepiej. 

18 września, docieramy do obozu drugiego

Nasza wyprawa dotarła do obozu drugiego na wysokości ok. 6300m!
Dziś jest piękna pogoda, pierwszy dzień bez deszczu i śniegu.
Widoki są obłędne i wrażenia niesamowite, ponieważ do pokonania był lodospad – trzeba się było wspinać po drabinkach ustawionych na pociętym szczelinami lodowcu.

Plan na jutro – podchodzenie w górę i zejście na kilka dni do bazy na odpoczynek.

Do obozu trzeciego (Camp III – 6800m) nikt na razie nie dotarł ze względu na zagrożenie lawinowe. Próbował jeden Argentyńczyk z szerpą, ale zjechali z małą lawiną i skończyło się na połamanych żebrach.

 

16 września, docieramy do obozu pierwszego

16 września dotarłyśmy do obozu pierwszego – Camp1 – 5800m n.p.m. Droga była trudna, ponieważ niosłyśmy bardzo ciężkie plecaki i musiałyśmy skakać z nimi przez szczeliny.

Wieczór spędziłyśmy w namiocie. Na zewnątrz sypał śnieg, a my próbowałyśmy się ogrzać herbatą zrobioną z roztopionego śniegu. 
Głowy trochę bolą, ale to normalne na tej wysokości.