Wszystkie wpisy, których autorem jest slawek

Od serca – na szczęście!

Niby mam zakodowane w głowie, że w górach, tak jak i w życiu, trzeba liczyć głównie na siebie, ale różnie pojęte “wspomaganie” też nie zaszkodzi, a pomóc może. Oto co ostatnio dostałam, z życzeniami by mi przyniosło szczęście na Manaslu i sprawiło, bym bezpiecznie stamtąd wróciła:

Aniołek od Madzi

* ANIOŁEK z kolekcji Madzi Samoraj. Madzia to chora od urodzenia dziewczynka, którą opisałam w zakładce “kogo wspieram”. To właśnie z myślą o niej ogłoszę wkrótce zbiórkę pieniędzy, które mam nadzieję wystarczą, aby kupić niezbędny dziewczynce pionizator. Madzia zbiera anioły – ma ich całą, naprawdę sporą kolekcję. Kiedy byłam ostatnio w odwiedzinach u Madzi, miałam sobie wybrać jakiegoś na szczęście na wyprawie. Wzięłam najmniejszego, takiego, żebym mogła go mieć przy sobie przy ataku na szczyt.

 

 

* WŁASNORĘCZNIE WYKONANA IKONA Z WIZERUNKIEM MATKI BOSKIEJ – jej autorką jest Krysia Górska-Łukasik, kochana, fantastyczna, ciągle “kibicująca” mi pani, w wieku ok. 80-tki, ale energiczna i młoda duchem jak mało. Krysia ileś lat temu była uczestniczką prowadzonej przeze mnie wyprawy do Bhutanu i Tybetu, no i do tej pory mamy kontakt. Nie będę kryć, że nie należę do pobożnych osób, ale ikona Krysi bardzo wiele dla mnie znaczy, bo wiem, że jest w niej tyle serca i dobrej miłości. Na wyprawę ikony z racji ciężaru i rozmiarów nie wezmę, ale zrobię sobie jej zdjęcie.

 

* DUŻY ANIOŁ I CHAŁWY – prezent od przesympatycznych mieszkańców miejscowości Góra w województwie dolnośląskim, uczestników spotkania autorskiego jakie tam miałam 24 sierpnia 2018 r.  Anioł jest fantastyczny – dostojny, elegancki i jak to anioł – z daleka widać że dobry. Tylko że jest też duży i stosunkowo ciężki, co wyklucza jego zabranie na wyprawę. W tej sytuacji zostanie w domu i będzie czekał na mój powrót, czuwając nade mną telepatycznie, ze mną zaś pojadą do Nepalu będące załącznikiem do anioła… chałwy!
Z tą chałwą to zasługa pani … –  dyrektor Biblioteki Miejskiej w Górze, która z książki o Evereście zapamiętała że uwielbiam chałwę i że to rodzaj słodyczy, które świetnie się spisują na wysokości, bo w przeciwieństwie do np. czekolad czy snickersów, nie zamarzają. No i teraz chałwę z Góry biorę w góry, za co z góry dziękuję! 🙂  I w stosownym czasie o życzliwych Czytelnikach z Góry słodko pomyślę!

 

* AMULET Z JAKUCJI. To z kolei bliski mi bardzo prezent od Magdy Jarzębskiej, mojej fantastycznej, zawsze tryskającej humorem turystyki z grupy którą pilotowałam w lipcu tego roku na trasie Magadan-Jakuck (czyli wschodnia Rosja). Napisałam “bliski mi”, bo Magdę bardzo polubiłam (zwłaszcza jej poczucie humoru), ale równocześnie ogromnie też polubiłam tamtejsze rejony i jakucką kulturę. Amulet wykonany jest z rogu renifera, a przedstawia jeden z symboli z jakuckiej mitologii.

 

* I jeszcze mój nieodłączny w niemal każdej mojej podróży MISIEK OD MIŚKA! Ci, którzy mnie znają wiedzą, że ta maskotka jeździ ze mną wszędzie. Zdobyła ze mną Everest i wszystkie inne góry Korony Ziemi, była ze mną w najdalszych miejscach na świecie, często ją można zobaczyć przypiętą do plecaka lub przy moim namiocie. To prezent od mojego męża – Pawła Witkowskiego, dla znajomych “Miśka”, a zarazem dobry propagator Polski, no bo w końcu ma “patriotyczną” koszulkę :).

Przedwyjazdowe urwanie głowy

Do wyprawy jeszcze 10 dni (albo raczej – JUŻ TYLKO 10 dni!), a ja w lekkiej panice czy ze wszystkim zdążę. Pokój zamienił mi się w magazyn -buty, ciuchy, sprzęt wspinaczkowy, sprzęt biwakowy…- cała sterta rzeczy sprawia, że zaczynam mieć wątpliwości, jak to wszystko pomieszczę i na ile już przekroczyłam limit 30 kg jakie mogę nadać do samolotu (za każdy dodatkowy kilogram linie Emirates chcą 30 dolarów!). Dziesiątki telefonów, e-maili, bo jeszcze tyle spraw trzeba załatwić. Aktualnie trwa gorąca linia dotycząca ubezpieczenia, które na tego typu wyprawy tanie nie jest, więc trzeba rozważyć różne opcje – żeby nie przepłacać, ale żeby nie przesadzić też i w drugą stronę, by w razie czego nie narobić problemów sobie i innym…

Krótko mówiąc jak to – cytując jednego z moich kolegów – jestem zakręcona jak słoik dżemu… 🙂 No cóż, sama chciałam, nie mówiąc o tym, że to nie pierwsza moja wyprawa, a więc dobrze wiedziałam, że tak będzie, że przygotowania do takich wyjazdów to naprawdę ciężka praca. Za to już całkiem niedługo znowu będę w górach. A tam – już inny świat. Życie płynie wolniej, spokojniej, majestat wielkich szczytów sprawia, że człowiek staje się częścią natury, jej tylko podporządkowuje swój rytm. I wtedy zacznę “wakacje”. Wiem, nie raz będę przeklinać, że trzeba było jechać w tropiki, do wygodnego hotelu, a nie upodlać się w zimnie, w ciasnym namiocie, zmagając się zarówno ze swoim organizmem, ale i tą naturą do której teraz mnie tak ciągnie, a która w pewnych momentach może stać się moim wrogiem. Oj, trudno człowiekowi dogodzić 🙂

no images were found