8 września, Dharapani (1860 m)

„TREKKINGU SAMOCHODOWEGO” DZIEŃ KOLEJNY – (znaczy się drugi i ostatni).

Autostrada to bynajmniej nie jest 🙂

Od jutra już drałujemy na nogach, ale póki co wciąż mamy trekking na kołach :). Tyle żę dzisiaj jazda była fajniejsza, bo przynajmniej coś się działo, poza tym dżipy są jednak fajniejsze niż autobus, no i widokowo było całkiem, całkiem.

Do przejechania mieliśmy ok.  45 km, co zajęło nam bite 7 godzin (po odjęciu przerwy na lunch – 6). Wczoraj wspominałam coś o przepaściach i wąskiej drodze, ale dziś to dopiero był hard core – jazda na krawędzi przepaści, przejazdy przez potoki i pod wodospadami (bo leje się z tych gór w związku z monsunowymi deszczami strasznie), wertepy, wyboje że się waliło głową w sufit, błoto po kolana, odcinek zasypany kamienną lawiną (na szczęście lokalsi kończyli już „odgruzowywanie”)…  Trasa którą pokonaliśmy to odcinek słynnego trekkingu dookoła Annapurny – dopiero od jutra odbijamy w bardziej „dziką” część gór, jaką jest region Manaslu.

Z widoczków po drodze

Z ciekawych rzeczy to rozmawiałam dzisiaj dużo z Kami Ritą (czyli tym Szerpą co był 22 razy na Evereście). Ciekawe rzeczy mówił. Opowiedział mi trochę o swojej rodzinie – o ojcu który należał do prekursorów systemu obsługi wspinaczy przez Szerpów, o swoim synu, który nie ma wcale smykałki górskiej i wyrywa się do miasta, no i o swoich wyprawach. Kami Rita oprócz Everestu był m.in. na K2 i kilku innych ośmiotysięcznikach, ale twierdzi że wcale nie ma ambicji robienia Korony Himalajów (zdobywania wszystkich ośmiotysięczników), bo nie chce już więcej ryzykować. Chyba tąpnęło nim po pamiętnej lawinie na Evereście w 2014 roku, kiedy to zginęło kilkunastu Szerpów. Zamierza popracować jeszcze 3 lata (obecnie ma chyba 48), a potem przejść na funkcję kierownika bazy i już wysoko w góry nie wychodzić.  Pytałam go, która droga na Everest jest łatwiejsza – ta od strony tybetańskiej czy nepalskiej – bo zna obie? Nie miał wątpliwości że zdecydowanie trudniejsza i bardziej niebezpieczna jest nepalska. Gadaliśmy też o skalnym Stopniu Hillarego – najtrudniejszym technicznie miejscu na Evereście – czy nadal jest, czy faktycznie po trzęsieniu ziemi w 2015 roku się zawalił. Kami Rita był tam w tym roku i widział, rozwiał więc wątpliwości: Stopnia Hilarego już nie ma, Everest się „uprościł”!
 

W wiosce, w której dziś nocujemy.

Mieliśmy też dzisiaj czas na rozmowy w gronie naszej ekipy, która swoją drogą dzisiaj powiększyła się jeszcze o kolejnego Hiszpana i Turka. Bardzo mocni wydają się zwłaszcza Argentyńczycy – młode chłopaki, obaj pracują jako przewodnicy górscy, no i jak się okazuje mam z nimi wspólnych znajomych. No ale co się wydaje to jedno, a w praktyce góra ostatecznie zweryfikuje kto jest silny i kto na nią zasłużył.

No i na koniec sprawa najważniejsza! Moja facebookowa zbiórka na chorą nieuleczalnie Madzię, o której piszę tutaj, a której pilnie potrzebny jest pionizator, dobiega końca! Zastanawiałam się czy potrzebne 8 tys. uzbieramy do zadeklarowanego grudnia, a tymczasem jesteśmy na finiszu w pierwszym tygodniu akcji!!! Ja jeszcze nie doszłam nawet do bazy, a tu “finansowe Manaslu” już w ataku szczytowym! Widząc tyle osób które włączają się w pomoc, tym bardziej doceniam, jak fantastycznych ludzi mam w swoim otoczeniu! I wiem, że jak zbiórka osiągnie swój cel, popłaczę się z radości i wzruszenia!

Z ostatniej chwili: dotarła do nas smutna wiadomość, że spadł helikopter lecący z bazy pod Manaslu. Wywoził do bazy sprzęt, a wracając zabrał kilka osób chcących się dostać do Katmandu. Oprócz pilota zginął japoński turysta, lama buddyjski i kilkoro miejscowych. Przykre… ☹

I zdjęcia z dzisiejszego dnia…