7 września, Z Katmandu do Besisahar (760 m n.p.m.)

WRESZCIE W GÓRY

Gotowi do drogi!

Lubię ten moment na rejsach morskich, kiedy wreszcie oddajemy cumy i wypływamy w morze, rozpoczynając wymarzony rejs. To że zapewne za jakiś czas przyjdzie moment, kiedy będziemy te upragnione morze przeklinać, mówiąc sobie „nigdy więcej”, to już inna sprawa.

W górach jest podobnie. Moment wyruszenia w góry to coś co cieszy, ekscytuje, dodaje sił, choć i w tym przypadku prawdopodobnie będą chwile obietnic: „to już ostatni raz”.

W każdym razie dziś ten moment wyczekanego wyruszenia w góry nadszedł. Znaczy się – zaczęliśmy trekking do bazy pod Manaslu. No, może słowo „trekking” jest trochę pojęciem umownym, na wyrost, bo dziś akurat wcale nie chodziliśmy, tylko jechaliśmy. Do pokonania było 180 km, co zajęło nam bite 9 godzin (fakt, z dwoma postojami, jednym krótkim i drugim obiadowym). Niestety Nepal autostradami poszczycić się nie może – droga którą jechaliśmy (jedna z głównych, Katmandu-Pokhara) nie dość że wąska i kręta, odcinkami wijąca się ponad przepaściami, to jeszcze z robotami wymuszającym puszczanie ruchu w przerwach, wahadłowo.

Kami Rita, czyli nasz Szerpa-rekordzista.

Jechaliśmy autobusem wreszcie w pełnym składzie ekipy z którą będziemy mieli obóz bazowy. W sumie jest na osiem osób – poza mną i jak się teraz zorientowałam – 12 lat ode mnie młodszą Asią, ekipę stanowią:
– Magda Poniatowska – z Polski (choć aktualnie z Wielkiej Brytanii) – lat 44
– Hugues Duplantier – z Francji  – lat 44
– Ulises Kusnezov – z Argentyny – lat 24
– Matias Marin z Argentyny, lat 38
– Jordi Bosch Leo, Hiszpan, lat 61
– Francesco Goni Lobera , Hiszpan, lat 54
no i jeszcze – do bazy, jest jeszcze przesympatyczna Virginia, żona Francuza, która w górach już potem nie zostaje.

Kurde, wygląda że jestem wiekowo na podium (mam na myśli kategorię najstarszych) 🙂  Oczywiście skłamię, jeśli powiem że się tym przejmuję 🙂
Idzie też z nami Kami Rita Szerpa, do którego należy światowy rekord w liczbie wejść na Everest – był na tym szczycie już 22 razy! Jak się okazało Rita jest rodzonym bratem Lakpy, Szerpy który został pierwszym Nepalczykiem, który zrobił Koronę Ziemi, a tak w ogóle to był naszym przewodnikiem na Mt Vinson, najwyższej górze Antarktydy! Na wyprawie Rita ma być opiekunem grupy Chińczyków, którzy nie pokonują trasy trekkingowej, tylko do ostatniej wioski pod bazą dolatują helikopterem i dopiero potem, niewielki już kawałek idą. Ciekawe podejście, bo okej, rozumiem że mają kasę na śmigło, ale aklimatyzacji to nie sprzyja.

Główna ulica miasteczka, gdzie dziś śpimy.

Co do aklimatyzacji to wszyscy się zastanawiamy jak będzie z nami. Do bazy mamy dotrzeć 9-tego dnia, ale po drodze mamy do pokonania przełęcz o wysokości 5100 m. Owszem, będziemy mieli przed nią dzień aklimatyzacyjny (czyli dwie noce w jednym miejscu), ale czy będzie to wystarczająco by się przystosować do skoku tak wysoko, mam wątpliwości. Coś czuję że łatwo nie będzie…

Dziś nocujemy w miasteczku (a może raczej – dużej wiosce) Besisahar na wysokości 760 m. Nisko, dobre 600 m niżej od Katmandu. Przeczekałyśmy popołudniową ulewę monsunową (bo to chyba tutaj standard, że popołudniami leje) i poszłyśmy się z Asią przejść.  Całe życie metropolii ogranicza się do głównej ulicy ze sklepami typu mydło i powidło. Obkupiłyśmy się w owoce (granaty, banany, jabłka) plus imbir i cytryny, które na pewno w bazie docenimy, nie mówiąc o tym, że za wszystko zapłaciłam niecałe dwa dolary! Za to trzeba przyznać, że okolica jest całkiem ładna – zielone, jeszcze nie wysokie wzgórza, porośnięte młodym ryżem tarasowate poletka… Trzeba się na tę świeżą zieleń napatrzeć, bo za kilka dni będą już tylko gołe, surowe skały i lodowce.