6 września, Katmandu – BUTY, KASYNO I ŚCIENNY HIMALAIZM

Uliczny szewc naprawia moje buty.

Uff, pakowanie bagażu w góry zakończone, torby podopinane (z dużym trudem), jutro wyruszamy. Piszę „torby” bo na tego typu wyprawy wspinacze pakują się albo w plastikowe beczki, albo w grube, gumowane, wodoodporne torby, tak by zmniejszyć w czasie transportu ryzyko zniszczenia sprzętu, ciuchów czy jedzenia.

Dzień minął na ostatnich zakupach i przygotowaniach. W moim wypadku najważniejszą sprawą było podreperowanie moich butów wysokogórskich. Swoje już przeszły, poklejone dziury sprawiają że jest na nich łata na łacie, ale trochę się obawiałam, że łaty na mrozie i w śniegu jednak puszczą. Na wszelki wypadek wzięłam buciory pod pachę i pofatygowałam się do lokalnego szewca. Warsztat  stanowił wydzielony kawałek chodnika, cały sprzęt to kilka prostych narzędzi, ale widać było że facet na rzeczy się znał. Popatrzył na buty, pokiwał, gdzieś pobiegł, przyniósł kawałki gumy i powiedział bym przyszła za 2 godziny. Efekt? Fantastyczny! Zastanawiam się nawet, czy jest sens myśleć o wymianie butów (gdyby nie to, że to wydatek około 3 tys. zł i że trudno o mój rozmiar, już dawno bym je wymieniła). Wygląda na to, że jeszcze trochę posłużą.

Program turystyczny sobie odpuściłam, bo byłam już tyle razy w Katmandu, że wszystko co istotne widziałam, za to między zakupami zaliczyłam sobie taki trochę mniej standardowy obraz miasta. Na przykład koszary Ghurków, czyli słynących z waleczności i odwagi oddziałów legendarnych nepalskich żołnierzy, których w szeregi swojej armii w ramach kontraktów bierze nawet armia brytyjska.

Wpadłam też do kasyna. Nie grać – popatrzeć. Co ciekawe – Nepalczycy (poza obsługą) mają do tego przybytku wstęp zakazany. Za to w środku, mimo wczesnej, południowej pory, zastałam tłum pochłoniętych głównie black jackiem Chińczyków i Hindusów.

Z ciekawych obrazków, chłopiec pomagający tacie w obsłudze straganu z owocami pokazał mi dziś małpę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miało to miejsce dosłownie w centrum miasta, przy ruchliwej ulicy, z dala od jakichkolwiek parków czy w ogóle drzew. Małpa siedziała sobie na słupie, jak to tutaj, obwieszonym pajęczyną drutów i wcale nie wyglądała na jakąś speszoną otoczeniem.

Sympatycznym przerywnikiem w dość aktywnym dniu, było spotkanie z kolegami z wyprawy PZA, czyli Rafał Fronia and Company. Poszliśmy razem na obiad, potem jeszcze trochę połaziliśmy wspólnie po sklepach, no ale niestety kolejne spotkanie będzie dopiero w bazie  pod Manaslu, za dobre 6 dni.

Dla odmiany kolację zjadłyśmy już w gronie naszej ekipy, tej z którą jutro wyruszamy do bazy. Międzynarodowy miks, przy czym większość to raczej doświadczeni wspinacze. Agencja zabrała nas na tę kolację do Rum Doodle – słynnej knajpy, w której na ścianach są autografy tych, co zdobyli Everest, a pod sufitem wiesza się „stopy” z podpisami tych, co wrócili z jakichś trekkingów. Co do tych Everestowców to wszyscy którzy są tam wypisani, mają prawo przyjść do owej knajpki kiedy tylko chcą i zamówić sobie bezpłatny obiad lub drinka. Jeśli ktoś chce zapytać, czy z tego korzystam, to nie, nie jestem tam nawet wpisana. Ale swoją drogą te popisane ściany to kawał himalajskiej historii- znalazłam tam autografy m.in. Messnera, Hillary`ego, Tenzinga, Roba Halla  i wielu innych osób. Wpisów ściennych naszych himalaistów nie mogłam się doszukać, ale wiem że są, bo w starym lokalu je na planszach widziałam (teraz jest to nowe miejsce – przenosiny były jakieś 2 lata temu, po trzęsieniu ziemi). Za to w księgach uprawniających do wpisu znalazłam Anię Czerwińską, a na jednej ze ścian wisi plakat z wyprawy na Nangę Parbat pod przewodnictwem ś.p. Artura Hajzera.

A co do sław górskich, to jednym z gości naszego hotelu jest słynny meksykański himalaista Carlos Carsolio, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. Z tego co wiem, wybiera się na Dhaulagiri. Nie tak dawno ktoś z moich górskich znajomych powiedział o nim: “no, ten Carlos, ten stary”… Sprawdziłam – Carlos jest raptem 4 lata starszy ode mnie 😊