5 września, Katmandu. PRACOWITY DZIEŃ

Dawa Sherpa – zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.

Rano miałyśmy spotkanie z Dawą, współwłaścicielem agencji Seven Summits Treks. Chodziło o sprawy organizacyjne, choć i tak główny “breefing” (po naszemu to raczej „odprawa”) odbędzie się dopiero jutro, jak już zjedzie się cała międzynarodowa ekipa. To co najważniejsze, to to, że wyruszamy pojutrze, ale swoją drogą już sama osoba Dawy okazała się ciekawa, bo jak się okazuje, facet ma na koncie Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczniki, przy czym większość zdobył nawet więcej niż raz. Nie powiem, zrobił na mnie wrażenie, bo choć bardzo sympatyczny, na pierwszy rzut oka raczej z tych niepozornych.

Oprócz pracy w agencji, Dawa prowadzi sklep. Zajrzałyśmy, no i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to… liofilizaty naszego rodzimego, polskiego Lyofooda! Nasz bigos tutaj? Po prostu oniemiałam!

Bigosu nie kupiłyśmy (swoją drogą przywiozłam go sobie… 😊) za to zabrałyśmy się taksą do wielkiego hipermarketu trochę dalej od sklepików turystycznego Thamelu (dzielnica gdzie mieszkają turyści, czyli z założenia jest drożej) i tam obkupiłyśmy się w to, czego ze względu na limity bagażowe w samolocie, nie zabrałyśmy z Polski (papier toaletowy, kosmetyki, słodycze itp.). A potem były jeszcze zakupy na Thamelu, czyli uzupełnianie sprzętu, w ramach czego stałam się szczęśliwą posiadaczką m.in. wielkiego parasola. Parasol jest niezbędny, bo skoro jest monsun, to leje może nie ciągle, ale często, a jak leje, to konkretnie. Doświadczyłam tego choćby dzisiaj, kiedy chciałam przebiec raptem 100 m między sklepami – zmoczyło mnie od stóp do głów (co za dziwne sformułowanie, raczej: od głowy do stóp), włącznie z bielizną, tak że kiedy już do tego sklepu dopadłam, to wyszłam właśnie

Toast z Rafałem Fronią – za udaną wyprawę!

ze wspomnianym parasolem (pomysł trochę spóźniony, bo i tak już zmokłam). Potem był jeszcze problem z powrotem do hotelu, bo ulice, włącznie z chodnikami, zamieniły się w istne rzeki. Najbardziej cieszyli się z tego faktu rikszarze, bo zarabiali na elegantach, co nie chcieli do wody wejść, a jakoś musieli się z tego bajora wydostać. Wygrani byli też ci co mieli rowery,  choć pytanie czy to były jeszcze zwykłe jednoślady, czy już rowery wodne? Ja wybrałam wersję dla plebsu, czyli brodzenie po kolana w wodzie…

W międzyczasie odezwał się Rafał Fronia, nasz znany himalaista, ten który był na zimowym K2, gdzie kamień uszkodził mu rękę… Rafał czeka na resztę swoich chłopaków z którymi będzie zdobywał Manaslu (właśnie dali cynk, że dolecieli – kilka godzin po Rafale), no a póki co dżentelmeńsko zaprosił nas na kolację. Miło! W każdym razie było bardzo przyjemnie, kurczak tandoori smakował wyśmienicie, piwo Everest (tak się nazywa, bo to nepalski produkt) też oczywiście było, a jeśli do tego dodać możliwość fajnego pogadania, to wyszedł z tego super wieczór. Swoją drogą szkoda że chłopcy wyruszają na trekking dzień po nas – zawsze w swoim, polskim gronie byłoby przyjemniej…