29 września, dotarcie do bazy

Fajnie leżeć w swoim namiocie, w bazie, w miarę ciepełku i tylko uśmiechać się na myśl, że wczoraj o tej samej porze 2 km wyżej nie mogłam z wycieńczenia nic jeść i próbowałam opanować dreszcze. 

Dzisiejsze zejście z obozu trzeciego (6800m) do bazy zajęło nam prawie cały dzień, bo ciągle się coś działo. Na dzień dobry, idący przede mną Koreańczyk wpadł do szczeliny lodowcowej i trzeba go było wyciągać. Potem spotkałyśmy Amerykanina organizującego pomoc dla swojego odmrożonego kolegi, więc też trzeba było się włączyć. 
No i tutejszy icefall to prawdziwa bajka. Przystawałam co chwila na zdjęcia, które niebawem zobaczycie. 

W bazie, zgodnie z tutejszymi zwyczajami, zostałyśmy powitane jabłkiem (wreszcie świeży owoc) i colą, która z jakichś powodów traktowana jest jak górski rarytas, a na kolacji pojawił się okolicznościowy tort!

Dziękuję wszystkim, którzy mnie przy tej wyprawie wspierają i tak gorąco mi kibicują. Niestety, nie mam tu jak czytać Waszych wpisów, a stukanie na satelitarnym komunikatorze to prawdziwy test cierpliwości. Obiecuję, że jak tylko dotrę do Katmandu, gdzie wreszcie będzie internet (za kilka dni), to na spokojnie napiszę więcej. W każdym razie jesteście kochani, a Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy!